Jest 3.40. Świt. Nie mogłam spać i jeżdżę uśpionymi ulicami w tę i z powrotem. Miałam nadzieję, tak, miałam w istocie, że ten wahadłowy ruch uśpi mnie, wykołysze te arbitralne myśli. Jest 3.40. Świt. Ptaki swe pierwsze głosy oddają niebu, wszystko jest szare, jestem prawie ślepa, lecz noc już minęła, nie boję się ciemności, nie boję się krzyku ciem, nie boję się duchów Hotelu California. Miałam pić z Achmatową - nie za twoje zdrowie, ciebie przecież nie znam - lecz nie chciała dzisiaj przyjść, został mi tylko Chopin, a nokturny wcale tu nie pasują, lecz daj mi siebie Fryderyku, będę korzystać z okazji, nasyć mnie swymi dźwiękami, tej melancholii nigdy dość; to ona przecież wygoniła mnie na ulicę, by być bezdomną, by być martwą duszą, bo jestem czy mnie nie ma? A może ja jestem, ale mnie nie ma? Jestem księżniczką na ziarnku grochu, jestem Calineczką, jestem królewną, która żywiła się pokrzywami. Zieleń Sadów mnie pochłania, ach pochłoń mnie, zieleni, pochłoń mnie, Żoliborzu. D...
Komentarze
Prześlij komentarz